FOOD ART COMPANY w GDAŃSKU - fotorelacja z warsztatów kulinarnych!

12:22


W zeszły piątek pierwszy raz w życiu uczestniczyłam w warsztatach kulinarnych! Były one bożonarodzeniowym prezentem od mamy. Nie chciałam nic dostać, ale myśl o spędzeniu kilku godzin na rozwijaniu swojej pasji niesamowicie mnie ucieszyła. Takie prezenty mogę dostawać zdecydowanie częściej! ;)

To było tak...
Piątek wieczór. Nie taki zwyczajny piątek, bo rozpoczynający upragnione ferie zimowe w moim województwie! Idealny dzień na wspólny wyjazd do Gdańska, nieprawdaż? ;) Z tej okazji ubrałam nawet swoją blogową koszulkę.




Mimo początkowych trudności z dotarciem na miejsce, niewiele minut po wyznaczonej godzinie znalazłyśmy się z mamą pod Food Art. To niewielki, kameralny bar serwujący świeże i pyszne posiłki oparte na kuchni wegetariańskiej, wegańskiej, a także bezglutenowej. Mimo że żadnej z wymienionych diet nie stosuję, to jestem otwarta na wszelkie eksperymenty i coraz bardziej przekonuję się do posiłków na bazie roślin i kasz.











Już w pierwszej chwili od wejścia poczułam sympatyczną, przyjazną atmosferę. Przywitałam się ze wszystkimi uczestnikami, wysłuchałam ich i również opowiedziałam co nieco o sobie.  Na początku głównie rozmawialiśmy  - o naszych oczekiwaniach, naszych doświadczeniach w kuchni i naszych żywieniowych zwyczajach. Byłam szczęśliwa, bo w końcu znalazłam się wśród osób z taką samą pasją jak ja. Najbardziej zainspirowała mnie właścicielka baru Food Art - Pani Marzena Imiłkowski. Od razu poczułam ogromną sympatię, bo widziałam, że jest ona prawdziwą pasjonatką zdrowej kuchni. Jak sama opowiadała, nie jest kucharką z wykształcenia, ale kocha dobre jedzenie, ma świadomość jego wpływu na nasze funkcjonowanie i... co tu dużo kryć - zaraża pasją innych! ;)





Na pierwsze danie mieliśmy za zadanie ugotować zupę z czerwonych warzyw. Główną rolę odgrywały : papryka, pomidory i czerwona fasola. Pyszne zestawienie, prawda? :D


Nasze warsztatowe menu ;)



Oczywiście musieliśmy brać aktywny udział w przygotowywaniu wszystkich potraw i każdy z nas na bieżąco otrzymywał konkretne zadania. Ja musiałam odcedzić fasolę, pokroić cebulę w piórka i obrać imbir. Z przerwami na fotki, of course... ;)





Moje doświadczenia związane z gotowaniem zup do tej pory były niemalże zerowe. Serio. Z pozoru taka prosta sprawa, a ja zawsze odczuwałam obawy i zniechęcenie przed samodzielnym przygotowaniem bulionu. Teraz wiem, że niepotrzebnie, bo zupy są niezwykle odżywcze i dają szerokie pole do kulinarnego popisu.

Po kilkunastu minutach wspólnej pracy mogliśmy zostawić zupę na wolnym ogniu, by w międzyczasie zająć się kolejną potrawą. Na drugie danie mieliśmy przygotować potrawkę z buraków, marchwi, selera naciowego i cieciorki, podaną w towarzystwie kuskusu z kalafiora. Kuskus z kalafiora brzmiał mi znajomo, bowiem niejednokrotnie widziałam na kulinarnych blogach podobne przepisy pod nieco inną nazwą - ,,ryżu z kalafiora". Nigdy przedtem nie próbowałam, ale trzeba przyznać że pomysł w sam sobie nietypowy. ;)


Pod czujnym okiem właścicielki... ;)


Jako dodatek białkowy smażyliśmy kotleciki z tofu. Pierwszy raz obcowałam z sojowym twarożkiem, więc było to dla mnie kolejne nowe doświadczenie. Dziwna, gąbczasta konsystencja nie zniechęciła mnie i jako pierwsza porwałam się do wyrabiania masy.


Tak, musiałam pochwalić się koszulką ;)



Prócz świeżej pietruszki, cebuli, czosnku, soli i pieprzu kotleciki nie zawierały nic więcej. Swoją zwartą konsystencję zawdzięczały namoczonemu wcześniej siemieniu lnianemu. Gdy cała masa była gotowa, wyrabialiśmy z niej niewielkie kulki, które następnie obtaczaliśmy w sezamie. Potem smażyliśmy na oleju - także sezamowym.

Wkrótce nadszedł czas na upragniony deser. Z czego? Ano z płatków owsianych, masła, mleka i super-ekstra dodatków jak konfitura z róży czy świeży granat. ;) Tym razem nasza wersja była niewegańska, ale oczywiście można było to zmienić używając roślinnej margaryny i mleka, np. owsianego.





Wykonanie banalnie proste, a efekt... sami zobaczcie. :) Pestki granatu wyglądają uroczo, niczym malutkie żelki. Gdy się piekły, my zabraliśmy się do najlepszej części całego spotkania czyli degustacji...



Nie da się ukryć, że był to najbardziej wyczekiwany moment spotkania. Gdy już nakryliśmy do stołu, każdy z nas dostał porcję niezwykle aromatycznej zupy z czerwonych warzyw.



Lekko pikantna, wyrazista w smaku, mocno rozgrzewająca... idealna na chłodniejsze dni! I przy tym bardzo sycąca. Gdyby dodano do niej kukurydzy nazwałabym ją ,,meksykańską". ;)
Do tej pory myślałam, że to gulaszowa jest moją ulubioną zupą, ale po degustacji... musiałam zmienić zdanie.



Po zupie przyszła kolej na drugie danie. Czerwona potrawka w towarzystwie kalafiorowego kuskusu i sezamowych kotlecików z tofu - oo mniaammm! ;)
Kuskus z kalafiora - totalne mistrzostwo! Nie pomyślałabym, że z surowego kalafiora można wyczarować taki wspaniały dodatek do obiadu. Na pewno jeszcze powtórzę u siebie! Wspaniale smakował z rozgrzewającą potrawką.
Przy kotlecikach z tofu było nieco mniej ekscytacji i kulinarnych doznań. Nie, nie smakowały źle, ale... chyba nie zostaną moim ulubionym daniem. ;)





Wkrótce nasz deser był także gotowy. Ciastka jeszcze ciepłe, miękkie, pachnące... nikt nie zwlekał z ich spróbowaniem. Czułam się na tyle najedzona, że deser wzięłam ze sobą na drogę powrotną. Pierwszy raz w życiu jadłam tak dobre ciastka! Konfitura z róży i granat zrobiły swoje. ;) I jeszcze bardziej utwierdziły mnie w przekonaniu, że muszę próbować innych połączeń niż rodzynki i cynamon.
Przepis na pewno będę odtwarzać w swojej kuchni.




Pojedliśmy, porozmawialiśmy, pośmialiśmy się trochę... To był naprawdę miły wieczór. W końcu poznałam osoby, które podzielają moją pasję i rozumieją moje podejście do zdrowej kuchni. Z wielkim bólem serca opuściłam lokal, ale obiecałam sobie, że przy najbliższej okazji jeszcze tam wrócę. ;) Na pewno!



A d r e s:






Marzena Imiłkowski

Opata Rybińskiego 24/7 wejście od Shoppenhauera 

80-320  Gdańsk




You Might Also Like

0 komentarze

Wyświetlenia