Jak było na SEE BLOGGERS? - fotorelacja

18:52


Gdynia to miasto które darzę szczególnym sentymentem. To właśnie z nią wiąże mnie wiele cudownych wspomnień, które kolekcjonuję od najmłodszych lat. 



To tutaj odbył się jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie konkursów recytatorskich - zakwalifikowana przez powiatową komisję mogłam zawitać na deskach Teatru Gdynia Główna ze swoim (pierwszym w życiu!) monodramem. Tak, niesamowicie pasjonuje mnie teatr, od lat podejmuję się wszelkich aktywności i warsztatów związanych z doskonaleniem sztuki aktorskiej oraz dykcji. Podzieliłam się tutaj z innymi cząstką siebie, moimi emocjami przypięczętowanymi ogromnym stresem i ekscytacją. Dlaczego o tym piszę? Bo moje wspomnienia wciąż mienią się jaskrawymi barwami, uwielbiam je odtwarzać w swojej głowie i przede wszystkim uwielbiam wracać do miejsc w których owe wspomnienia powstały. Taka jestem, o, sentymentalna i nostalgiczna.




Ostatnio miałam okazję ponownie zawitać w Gdyni, tym razem z nieco innej, nieteatralnej przyczyny, ale wciąż związanej z moją pasją. Pasją którą zapasjonowałam się nieco później niż teatralna sztuka i wiersze - pasją do gotowania i blogowania! 

Jak widać jasno i hucznie po tytule oraz zdjęciach - dostałam się na SEE BLOGGERS. Czyli w skrócie największy festiwal dla twórców internetowych w Polsce. Warsztaty, prelekcje, rozmaite strefy i atrakcje, a przy tym jedyna taka okazja by osobiście poznać ludzi, którzy działają w szeroko pojętej blogosferze. 

Kiedy otrzymałam e-mail z zaproszeniem do Gdyni przez długi czas nie schodził mi uśmiech z twarzy - nigdy przedtem nie byłam na takim wydarzeniu i poczułam się z lekka wyróżniona, że mogę tam zawitać jako twórczyni, jako osoba która działa i tworzy w internecie, chce się rozwijać i wciąż szuka nowych możliwości na rozwój. 




W sobotę 22 lipca w okolicach godziny 13ej dotarłam w końcu na miejsce wydarzenia. Wiem, dość późno, wiem, wiele rzeczy mi przez to umknęło, ale fizycznie nie dałam rady być wcześniej. Postanowiłam nie przejmować się i ruszyłam  niepewnym krokiem w stronę Parku Naukowo-Technologicznego w celu rejestracji.  Podekscytowana, ale wciąż nieco przestraszona rozglądałam się po wszystkich punktach tego obiektu. Nigdy przedtem tutaj nie byłam, to moje pierwsze takie wydarzenie i muszę przyznać że poczułam się jak takie malutkie dziecko we mgle. Właściwie jak zawsze w większych miejscach i większych zbiorowiskach ludzi (introwertycy-łączmy się!).




Całe szczęście moja rejestracja przeszła bardzo szybko - przychodząc o tej porze ominęły mnie gigantyczne kolejki. ;) Dostałam opaskę, identyfikator i torbę od sponsorów z hasztagiem #darylosu. Znalazłam w niej mapkę całego trójmiasta, paczkę cukierków i żelków od zozoli dzięki którym miło wspomniałam swoje dzieciństwo oraz notatnik, planer z logo SeeBloggers. 



Po zobaczeniu ludzi kręcących wokół mnie stwierdziłam, że to najwyższy czas na włączenie mojej ekstrawertycznej części, która wynosi jakieś 30-40% (przynajmniej testy psychologiczne tak mówią, a one na pewno mają w sobie ziarno prawdy, mam rację?). No mniejsza z tym. Jak już wcześniej wspomniałam, całe wydarzenie podzielono na kilka stref, m.in. strefę cooking, beauty, photo&travel... nie pamiętam już dokładnie, bo ja i tak byłam najbardziej zainteresowana tą pierwszą i do tej udałam się od razu po rejestracji. Znajdowała się zaraz obok, więc momentalnie wyciągnęłam aparat i zaczęłam robić zdjęcia (jak na prawdziwą blogerkę przystało, co nie?). 




Przy stoisku Carrefour czekały na każdego rozmaite pyszności do degustacji.
 Na co masz teraz ochotę - chłodnik z pora i ziemniaków, marynowanego łososia czy sałatkę z komosy ryżowej? 

Oczywiście potraw było o wiele więcej, wszystkie przygotowywane na bieżąco przez kucharza Macieja Majewskiego  i podawane w uroczej, mini formie. A ja uwielbiam wszystko w wersji mini. 




Potem ruszyłam dalej przed siebie, starając się jak najlepiej chłonąć całe wydarzenie. Było ciężko, bo w pierwszych chwilach uczucie zagubienia sprawiło, że poczułam pewien dyskomfort psychiczny. Nie potrafiłam się "wbić" w panującą tutaj atmosferę. Minęło mnie wiele znanych twarzy, ale wszyscy wydawali się jednocześnie tacy obcy i mało otwarci na rozmowę. 





Ale to tylko pierwsze wrażenia, które minęły po kilkunastu minutach. Szybko nawiązałam kontakt z kilkoma osobami i od razu poczułam się lepiej. 




Miło było przypatrywać się blogerskim starciom w kulinarnej bitwie. Joseph Seelesto, pełen energii i ze swoim poczuciem humoru cały czas motywował i zagrzewał do walki wszystkich uczestników. ;) Towarzyszyła mi cały czas jedna myśl - w przyszłym roku muszę wziąć w tym udział!




Niestety przegapiłam wcześniejsze zapisy na warsztaty. Na każdej sali mogło być max. 20-30 osób i na tym zamykały się listy. Niestety. Ale... na wszystkie warsztaty trzeba było pojawić się punktualnie. Organizatorzy wcześniej pozostawili możliwość wzięcia udziału innym osobom w zamian za tych, którzy się spóźnią lub w ogóle nie pojawią się na miejscu. I tym sposobem udało mi się dostać na warsztaty fotograficzne Jak robić lepsze zdjęcia? z Tomaszem Zienkiewiczem.




Na początek każdy z nas się przedstawił i wspomniał o głównych tematach zainteresowań oraz o sprzęcie, którym fotografuje. Atmosfera nieco zelżała i rozpoznałam kilka osób, które kojarzyłam już wcześniej  z blogosfery. Całe warsztaty przeprowadzono w formie wykładu, ale liczyłam na więcej praktycznych wskazówek. Wiele rzeczy wiedziałam już wcześniej, ale przynajmniej mogłam sobie jakoś poukładać posiadaną wiedzę. Wszyscy uczestnicy musieli zanotować swój własny "rachunek sumienia"
 (patrz zdjęcie),by zobaczyć w którym miejscu się znajdują i co powinni zmienić.



Piękne zdjęcia to nie efekt mnóstwa wydanych pieniędzy na najdroższy sprzęt, ale sumienna i przemyślana praca. 

Jaki jest główny temat moich zdjęć?
Co chcę przekazać?
Jakie emocje chcę wywołać u odbiorcy?

Te i inne pytania pomogły mi lepiej zrozumieć sztukę fotografii. Pozostaje tylko dalej próbować i nieprzerwanie praktykować, a będzie tylko lepiej - tego się będę trzymać. 






Po warsztatach dochodziła godzina 16.00, a mój żołądek dawał o sobie znać. Postanowiłam zejść na dół i porozglądać się za jakąś dobrą i sycącą szamką. Na zewnątrz stały dwa foodtruck'i, a obok nich mieściła się restauracja Dobra Koza z nieco zdrowszym menu. Jak zwykle sama nie wiedziałam co zjeść i  instynktownie wybrałam tortillę z kurczakiem i warzywami. Nic wyszukanego, czasem idę na łatwiznę. 




Ale na deser już nie chciałam zwykłych lodów, więc udałam się na koniec kolejki po ich tajską odmianę. Jedyne co zdążyłam to zrobić ładne zdjęcia, bo produkcja trwała do 17.30, a przede mną stało jeszcze kilka osób. Niestety. Więc chociaż mi z tego zostały ładne zdjęcia. 




Pod wieczór setki blogerów i twórców internetowych zaczęła się zbierać w kierunku swoich hoteli czy innych noclegowni, a wszystkie stoiska opustoszały. Szybko zleciało mi te kilka godzin. Chwilę posmutniałam, ale zaraz potem przypomniałam sobie o tym afterparty, który startował o godzinie 21ej.
 Na co jeszcze czekasz? Wracaj na drugi koniec miasta, przebieraj się i idź poznawać ludzi! 
To pomyślałam i szybkim krokiem udałam się na przystanek autobusowy. 
Na imprezie czułam się najlepiej. Już po drodze na miejsce poznałam przesympatycznych ludzi z którymi spędziłam niemalże cały ten czas.

video

Kiedy stałam w kolejce po drinka  sok pomarańczowy z lodem na salę wjechał ogromny tort, tuż obok mnie! Szybko wyciągnęłam telefon i w kluczowym momencie udało mi się zrobić małą pamiątkę. A tort był przepyszny. Z baaardzo truskawkowym kremem. I nie przesłodzony. 
 Cała atmosfera jeszcze bardziej sprzyjała  nawiązywaniu nowych znajomości. Większość czasu upłynęła mi na ciekawych rozmowach, robieniu wspólnych zdjęć i tańcu. ;)
 Chociaż początkowo muzyka brzmiała bardzo w stylu łububdububududdu, Didżejowie później nieco się ogarnęli i po jakimś czasie parkiet był pełen. I tak do 2ej w nocy.



Nazajutrz czekał mnie ostatni dzień tego wydarzenia. I tym razem dotarłam nieco później niż zakładałam, a przecież się nie rozdwoję i nie roztroję żeby uczestniczyć we wszystkim. Po krótkim namyśle udałam się na górę do stoiska z kosmetykami AA, gdzie zrobiono mi świetny makijaż. Autentycznie, bez ściemy, cały czas uśmiechałam się do swojego odbicia w lustrze! Wiecie, ja blogerką makijażowo-urodową-modową nie zamierzam nigdy zostać, ale jak każda dziewczyna chcę najzwyczajniej w świecie... dobrze wyglądać. ;) A tam usłyszałam wiele praktycznych wskazówek i porad jak mogę podkreślić swoją urodę. Przy okazji wzięłam udział w jednym z  konkursów, który polegał na rozpoznaniu 5 produktów spożywczych używanych w ich kosmetykach. Oczywiście musiałam mieć przez cały czas zasłonięte oczy. Z małymi potknięciami rozpoznałam marchew, buraka, borówkę amerykańską, malinę oraz kawę. W nagrodę otrzymałam od nich malutką, upominkową reklamówkę z kosmetykami.
Wymalowana i szczęśliwa udałam się na Salę Główną, w której odbywał się wykład Jasona Hunta 3 koła 1 bloger - jak zrobić sobie dobrze. Wisienka na torcie wieńcząca całe wydarzenie.





Przed powrotem  udałam się ponownie do Dobrej Kozy, gdzie zamówiłam  przepyszne orkiszowe calzone pod nazwą również Dobra Koza z mozzarellą, pieczarkami i szpinakiem. 
Do domu wróciłam mega zmęczona (ale pozytywnie), naładowana mnóstwem energii do działania, tworzenia i doskonalenia! Żałuję jedynie, że nie wykorzystałam wielu możliwości, jakie oferował mi festiwal. Nie jestem jednak już kompletnie zielona i czuję, że w przyszłym roku, wzbogacona o nowe i cenne doświadczenia, wykorzystam cały ten potencjał! 


Kochani moi drodzy, mam nadzieję, że zbytnio Was nie wymęczyłam moją luźną relacją z SeeBloggers. Zdaję sobie sprawę, że wiele rzeczy pominęłam i nie zwróciłam uwagi na pewne aspekty, ale tym razem nastawiałam się głównie na dobrą zabawę... i tak też było.
Mam cudowne wspomnienia. 😌






   Gdynio.  Jeszcze tutaj wrócę. Buźka.



✩✩✩


✩✩✩









You Might Also Like

1 komentarze

Wyświetlenia